10 WSPOMNIEŃ

Mercedes SLR McLaren Roadster
Mercedes SLR McLaren Roadster Dieter Rebmann
Przez ostatnie trzy dekady jeździłem cała masą różnych samochodów. Większość z nich była tak godna zapamiętania jak wysychające na słońcu krople deszczu, ale trafiło się wśród nich kilka takich, o których nie zapomnę nigdy. Atmosfera wspomnień udzieliła się dzisiaj i mnie...


1. Alpine M65
To niewygodne dla gościa o moich gabarytach leciutkie (500 kg) toczydełko z silnikiem Gordini o pojemności 1,3 litra potrafiło na starym torze w Le Mans w 1965 roku osiągnąć 266 km/h. Aerodynamika i dziś robi wrażenie, bo po zmniejszeniu nacisku na pedał gazu wydaje się subiektywnie, że samochód przyspiesza! To oczywiście złudzenie, bo on po prostu prawie wcale nie zwalnia. W 2014 roku wystartowałem nim w Le Mans Classic z Brytyjczykiem Richardem Meadenem i na koniec znaleźliśmy się na 38. miejscu w klasie, wśród 76 samochodów, które w tej klasie wyścig ukończyły - mając najmniejszy silnik. Wyprzedzania Ferrari z silnikiem V12 na pewno nie zapomnę nigdy.



2. Opel Ascona 400 gr. B Waltera Röhrla
Wyjątkowy samochód, którym miałem zaszczyt jeździć dwukrotnie. Tym autem w barwach Rothmansa mój bożyszcze, Walter, wygrał rajdowe mistrzostwa świata w 1982 roku. Na suchej nawierzchni bardzo brutalne, mocne auto, wymagające zarazem subtelności, jak i fizycznej siły, na śniegu i lodzie przewidywalne jak żaden samochód dzisiaj. Zbudowany przez Coswortha silnik miał wał korbowy od seryjnego Opla Rekord Diesel, bo równie mocnego Brytyjczycy zrobić nie umieli.


3. Bugatti Veyron Grand Sport
Smakowałem jego możliwości na zboczach Mont Ventoux w towarzystwie Andy'ego Wallace. Znacznie przyjemniejszy na górskiej drodze niż mogłem się spodziewać, i znacznie lepszy niż wynikało z tekstów innych dziennikarzy, którzy upierali się, że jeździli nim agresywnie. Do turbo lagu jak z rajdówki z lat 80. trzeba się przyzwyczaić. Większe wrażenie zrobiło na mnie przedwojenne Bugatti T51, którym jeździłem w tym samym czasie.


4. Ford Focus WRC
Dwulitrowy Focus, nierówne resztki starego lotniska w Carlisle i pasażer na prawym fotelu. Wyluzowany i bardzo ludzki Mikko Hirvonen. Szybko przekonałem się, że wszystkie znane mi Ferrari i Lamborghini przy tym aucie z amortyzatorami Reigera to zwyczajny złom. Dym z czterech opon na wyjściu z zakrętu na błocie? Proszę bardzo. Oczywiście jechałem parszywie wolno, ale przyjemność z panowania nad jednym z najskuteczniejszych aut świata była ogromna.


5. Alfa Romeo TZ1
Ercole Spada kiedyś mi opowiedział o tym, jak projektował to nadwozie. Samochód lekki jak poduszka z pierza i zmieniający kierunek jazdy szybko jak myśl. Silnik o pojemności tylko 1,6 litra, 650 kilogramów (ze mną stówę więcej) i maksymalna prędkość 216 km/h. Na torze w Balocco nie do osiągnięcia, zwłaszcza w aucie wartym z pół miliona dolarów, ale nie o to w tym aucie chodzi. Kilkudziesięcioletni wóz, któremu precyzji prowadzenia może pozazdrościć dziś niemal każdy sportowy samochód. Jest jak wizyta w Kaplicy Sykstyńskiej po raz pierwszy, jak pierwsze oglądanie arcydzieła Michała Anioła.


6. BMW 507 Michelotti
Zanim BMW zdecydowało się na wybranie projektu nadwozia Albrechta von Goertza dla swojego flagowego coupe 507, zleciło stworzenie alternatywnych koncepcji innym stylistom, w tym znakomitemu Giovanniemu Michelottiemu. Kiedyś udało mi się jeździć odrestaurowanym prototypem 507 z nadwoziem jego projektu, dodatkowo wyposażonym w hardtop. Jeździ się nim równie źle, co seryjnym 507 (które, wbrew wyglądowi, jest nieporadnym szmelcem), a nawet gorzej, bo prototyp jest sporo cięższy. Nie przeszkadzało mi to jednak poszukać w nim granic przyczepności...


7. Alfa Romeo 155 DTM
Jechałem nią trochę przez przypadek, ale nie żałuję. Wóz, którym Nicola Larini wygrał DTM z Niemcami, to arcydzieło wyścigowej techniki: 1000 kg, 2,5 litrowy wolnossący silnik, 12 000 obrotów, 450 KM, napęd na cztery koła). Jechałem nim w Goodwood na oczach tłumów, martwiąc się temperaturą unikatowego silnika - na starcie włoscy mechanicy z nonszalancją poinformowali mnie, że zapomnieli dolać płynu chłodzącego.


8. Ford RS200
Najmniej chyba znane auto grupy B. Udało mi się nim jeździć cały dzień w okropnej pogodzie, za to na krętych i śliskich jak diabli drogach w Górach Eifel - dookoła Nürburgringu. Napęd na cztery koła mocno ciągnie za kierownicę, a wspomagania nie ma ani śladu. Za to płynne pokonanie serii zakrętów satysfakcjonuje jak mało co. Brzmi genialnie, a zawieszenie z podwójnymi amortyzatorami postawiłbym sobie w salonie zamiast modernistycznej rzeźby.


9. Maybach Fulda Exelero
Zbudowany w jednym egzemplarzu do bicia rekordu prędkości na torze w Nardo samochód stanął kiedyś do mojej dyspozycji na starym lotnisku w Malmsheim koło Stuttgartu. Zachęcany przez konstruktora, doktora Jurgena Weissingera, w kwadrans zlikwidowałem komplet tylnych opon - pomogło w tym 900 Nm momentu obrotowego. Poza mną jeździł tym wozem w taki sposób tylko jeden inny dziennikarz.


10. BMW M1
Jeździłem nim przez dwa dni po Monachium i po okolicy. Cały czas lało. Znalazłem swój sposób na to niedopracowane dziecko Lamborghini, Baura i BMW, znajdując w nim niebywałą dokładność prowadzenia. Zero wspomagania, skrzynia biegów ZF jak w De Tomaso Pantera, sama radość. Nie w samej szybkości leży przyjemność z jazdy, o czym zdają się dziś w BMW zapominać.

Mógłbym tę listę wypełnić bez trudu, nawet gdyby miała sto pozycji... ale na to może przyjdzie czas innym razem.
Trwa ładowanie komentarzy...