O autorze
Od 26 lat pisze o samochodach, nie tylko w Polsce, ale także w kilkunastu innych krajach - w tym we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Grecji, USA i RPA. Redaktor naczelny miesięcznika Motor Hobby, redaktor naczelny tygodnika Motor, twórca miesięcznika Moto Magazyn, pierwszy redaktor naczelny polskiej edycji miesięcznika TopGear, redaktor naczelny kwartalnika Ramp. Jedyny Polak, który publikował w oficjalnym miesięczniku właścicieli samochodów Bugatti "Ettore". Jedyny wschodnioeuropejski dziennikarz, który na legendarnym Festiwalu Prędkości w Goodwood występował przez 5 lat jako kierowca fabryczny. Pierwszy Polak, który startował w wyścigu Le Mans Classic. Jeździ samochodami, którymi nie jeździ nikt.

ZAMIAST LARINIEGO

Autor w Alfie Romeo 155 V6Ti DTM z 1993 roku na trasie wyścigu górskiego podczas Festiwalu Prędkości w Goodwood w 2010 roku
Autor w Alfie Romeo 155 V6Ti DTM z 1993 roku na trasie wyścigu górskiego podczas Festiwalu Prędkości w Goodwood w 2010 roku James D. Wright
Dawno, dawno temu istniały sobie w Niemczech wyścigi DTM. Nie takie jak dziś, tylko zupełnie zwariowane, organizowane według przepisów tak zwanej klasy 1 regulaminu samochodów turystycznych FIA. W konsekwencji ostrej walki na torze i liberalnych przepisów okazało się, że samochody kosztowały więcej niż ówczesne wyścigówki Formuły 1. Rosnące koszty spowodowały, że Niemcy przemodelowali zasady wyścigów Deutsche Tourenwagen Meisterschaft i szalone samochody z początku lat 90. trafiły do muzeów...

Jeden stał przede mną. Soczyście czerwony, z kanciastym, ale opływowym nadwoziem pociętym licznymi otworami. Alfa Romeo 155V6Ti DTM, egzemplarz, którym jeździł w sezonie 1993 Włoch Nicola Larini, ten sam, który wtedy został mistrzem, pozostawiając w tyle kierowców Mercedesa i Opla. Mogłem go nawet dotknąć, bo w Festiwalu Prędkości w Goodwood 2010 uczestniczyłem jako kierowca zespołu Muzeum Alfy Romeo. Alfy, która akurat obchodziła swoje stulecie. Dotykanie prawdziwej jazdy nigdy nie zastąpi, ale przynajmniej mogłem popatrzeć na noszące ślady walki, spatynowane, podrapane i zakurzone wnętrze. Takie jak lubię. To trochę jak z człowiekiem, póki jego twarzy nie poryją zmarszczki, zawsze jest za bardzo dzieckiem.

Popatrzyłem i tyle. Kierownictwo Alfy nie miało w planach, abym jechał tym autem. Trudno, ale całość przeżyć owego weekendu była tak wspaniała, że nie zamierzałem tego rozpamiętywać. Gdy wiedziałem, że moje jazdy w danym dniu miałem już za sobą, odniosłem kask, balaklawę i rękawiczki do szafki w Drivers' Club, a w kombinezonie zawiązanym na supeł udałem się z fotografem Błażejem na obiad do znajomych w Mercedesie. Ledwo zaczęliśmy jeść zupę, w kieszeni kombinezonu zadzwonił telefon: miła pani z Alfa Romeo UK.

Głosem pełnym stresu zapytała mnie, czy nadal jestem na terenie Festiwalu. Gdy odpowiedziałem twierdząco, zapytała, czy mogę NATYCHMIAST przyjść do padoku, bo wyznaczony kierowca Alfy DTM, światowej sławy dziennikarz ze Szwecji, zobaczywszy samochód na własne oczy zrezygnował z jazdy i uciekł. Jeżeli zaraz nie wyjedziemy, stracimy jeden z dwóch przejazdów tego dnia, dodała. Cóż miałem robić, pobiegłem. Mam astmę, jestem stary i gruby, a do Drivers' Club i potem do Cathedral Paddock było strasznie daleko. I jeszcze te schody do szatni dla kierowców... nie pamiętam dokładnie, jak mi się udało zdążyć do padoku, gdy zlany potem, na bezdechu wpadłem za ogrodzenie. Na środku pustej połaci asfaltu stoi samotna Alfa, ta sama, którą niegdyś podziwiałem na torach wyścigowych Niemiec. Porządkowi machają ponaglająco.

Pakuję moje cielsko do auta, kask na kolana, pasów nie zapinam. Włoski inżynier łamanym angielskim tłumaczy mi procedurę uruchamiania silnika: "Engina starta, no gas, later, gas, OK?" Kiwam potakująco głową. Ten sam Włoch pokazuje mi jeszcze, jak załączyć bieg wsteczny. Niezła ekwilibrystyka: lewą ręką trzeba ciągnąć za dźwignię przy lewym progu, jednocześnie prawą załączyć pierwszy bieg dźwignią pracującą w układzie H. Spoko, zrozumiałem. Silnik brzmi kosmicznie, toż to arcydzieło mechaniki: 2,5 litra, V6, 12000 obrotów, 450 koni. Mercedesy miały 500 koni i podobną masę 1000 kilogramów, ale nie miały stałego napędu na cztery koła ani Lariniego: walecznego kierowcy testowego Ferrari. Parę lat przed moim występem w jego samochodzie miałem zresztą przyjemność przyjąć parę lekcji techniki jazdy od małomównego Włocha i korzystam z ich zawartości do dziś.

Jadę na start. Wszędzie tłumy, piękne słońce, mam czerwony samochód. Czego pragnąć jeszcze? Docieram na placyk za startem, gdzie trzeba zawrócić, a tu lipa. Średnica skrętu czteronapędowej Alfy jest ogromna i, skoro nigdy wcześniej nią nie jechałem, nie mam wyczucia. Zamaszyście dojeżdżam do skarpy ograniczającej placyk i wsteczny nie wchodzi. Nagle jadący przede mną taką samą, ale młodszą Alfą Włoch (do dziś nie wiem, kto to był, a ze stresu nie spytałem) podbiega do mnie i gestami wskazuje, że mi pomoże. Niewiele widzę z miejsca kierowcy, ale Dobry Samarytanin wspomaga mnie skutecznie gestami, a chwilami nawet pcha samochód, i ustawiam się za nim. Dziękuję mu uniesieniem dłoni i wtedy dobiegają mechanicy. Jeden, ku mojemu przerażeniu, mówi, że zapomnieli dolać płynu chłodzącego, a stale ubywa, więc muszę patrzeć na wskaźniki i pilnować temperatury. Tak, i co jeszcze? Z typową włoską beztroską klepią mnie po ramieniu i znikają.

Gość przede mną wjeżdża w strefę grzania opon i zatrzymuje się. Ja za nim, ciekawe, jak sobie poradzę z tym samochodem. Wyświetlacz przede mną chwilami pokazuje obroty i inne parametry, chwilami wszystko znika. Niechybnie zaśniedziałe przewody, może popękane. Auto generalnie zaniedbane technicznie, wtedy kolekcja historyczna Alfy cierpiała na straszne braki budżetowe, ale cóż. Wybrednej widowni należy się widowisko i w tym momencie postanawiam pojechać źwawo. Facet przede mną stoi na linii startu, słyszę przez kask skowyt wyjącego na niebotycznych obrotach motoru i pach! Strzela ze sprzęgła i, dymiąc z wszystkich czterech opon, rusza wężykiem naprzód. Słyszę zmianę biegu, następną, a auto rozpędza się powoli ciągnąc za sobą kilwater gęstego dymu. Ej no, ja też tak umiem.

Robię dokładnie to samo. Wyświetlacz miga, kręcę silnik do 10 tysięcy, sprzęgło, dym wypełnia kabinę. Uwielbiam to! Maszyna rusza naprzód, ślizgając się na boki, płytkie kontry, drugi bieg, trzeci, dopiero na trójce mam z powrotem pełną trakcję i mogę przymierzyć się do pierwszego prawego zakrętu. Mega uczucie. Co chwila zerkam na temperaturę, bo za doprowadzenie tego silnika do wybuchu chyba zostałbym poćwiartowany przez stado krewkich Włochów. Hamowanie do Molecomb delikatnie, bo opony stare, przy murze z krzemienia też delikatnie, a potem szybciej na ostatnich dwóch zakrętach, gdzie ludzie nie widzą. Do strefy za metą dojeżdżam szczęśliwy. Gdy w peletonie aut wracających do padoku jadę w dół, już bez kasku, słyszę, że prezenter przez głośniki mówi, że samochodem jechał Larini. Ludzie biją brawo. Co mam zrobić, macham im i drę się wniebogłosy "Forza Italia!" Każdy bowiem pragnie być sławny choć przez chwilę...
Trwa ładowanie komentarzy...