O autorze
Od 26 lat pisze o samochodach, nie tylko w Polsce, ale także w kilkunastu innych krajach - w tym we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Grecji, USA i RPA. Redaktor naczelny miesięcznika Motor Hobby, redaktor naczelny tygodnika Motor, twórca miesięcznika Moto Magazyn, pierwszy redaktor naczelny polskiej edycji miesięcznika TopGear, redaktor naczelny kwartalnika Ramp. Jedyny Polak, który publikował w oficjalnym miesięczniku właścicieli samochodów Bugatti "Ettore". Jedyny wschodnioeuropejski dziennikarz, który na legendarnym Festiwalu Prędkości w Goodwood występował przez 5 lat jako kierowca fabryczny. Pierwszy Polak, który startował w wyścigu Le Mans Classic. Jeździ samochodami, którymi nie jeździ nikt.

PARYSKA RANDKA

Błażej Żuławski
Pomysł był trochę nierealny: chcieliśmy zrobić remake kultowego filmu Claude'a Leloucha "C'était un rendez-vous" z 1976 roku. Filmu tak totalnie kultowego, że na jego temat krążą legendy, przy których wiara w płaską Ziemię wydaje się być przejawem racjonalizmu...

Pracowaliśmy wtedy obydwaj z Błażejem Żuławskim w redakcji czasopisma o samochodach, nie mogliśmy więc nakręcić filmu, tym bardziej że od 1976 roku zagęszczenie ruchu w Paryżu wzrosło do poziomu całkowicie to uniemożliwiającego. Postanowiliśmy zatem rozpoznać trasę, którą w filmie podąża protagonista, a potem przejechać ją samochodem, fotografując auto w paryskim ruchu z drugiego pojazdu. Aby sam wóz dodał atrakcyjności przedsięwzięciu, wystarałem się o coś specjalnego: centralna dyrekcja Renault wypożyczyła nam najświeższy wówczas produkt, Renault Mégane R26R. Jeśli dobrze pamiętam, miało numer seryjny 003 lub jakiś podobny, i dziennikarze francuscy, dowiedziawszy się o tym, że dostaliśmy auto przed nimi, nie byli szczególnie zadowoleni.

Ale wróćmy do filmu. Legenda miejska głosi, że film nakręcony w jednym ciągłym ujęciu, bez montażu (o czym informuje plansza na początku) to dokumentacja przejazdu 12-cylindrowym Ferrari przez francuskiego kierowcę Formuły 1 w poprzek Paryża o świcie, za co został ukarany więzieniem, z którego z kolei wyciągnął go reżyser. Wszystko się zgadza, ale niezupełnie. Przejazdu Mercedesem 450SEL 6.9 (swoją drogą kosmicznym sprzętem, napisałem o nim tutaj: http://piotrfrankowski.natemat.pl/174949,6-9) dokonał sam Claude Lelouch, dźwięk silnika Ferrari 275GTB dograno później, a do więzienia nie trafił nikt.

Po skończonym filmie długometrażowym reżyserowi zostało trochę zapłaconej już błony, a dowiedział się o istnieniu nowej kamery, tak małej, że można ją było zamontować z przodu auta, by uzyskać rodzaj ujęcia, który zwykle zwie się "subiektyw" (w epoce cyfrowej: POV). Rolka błony do tej kamery mieściła maksymalnie 10 minut taśmy, chcąc wykonać swój plan, reżyser musiał więc zdążyć dojechać pod bazylikę Sacre-Coeur na wzgórzu Montmartre nim taśma się skończy. I to było prawdziwe wyzwanie, nawet o 5.45 rano czterdzieści lat temu - nie wszystko dało się przewidzieć, a wystawiony w jednym miejscu obserwator nie zdołał uprzedzić Leloucha o nadjeżdżającym zagrożeniu. Wszystko skończyło się jednak dobrze, a sam film warto obejrzeć.

Film znaliśmy, Paryż też nieźle, ale dokładna trasa stanowiła problem. Rozpracowała ją pracująca z nami Karolina, która obejrzała dzieło filmowe ponad 100 razy z mapą w ręku, i po zakończeniu pracy przygotowała dla nas szczegółowy opis drogi z Porte Dauphine na Montmartre, różniący się tylko w dwóch punktach od oryginału: tam bowiem po latach zmieniono obowiązujący kierunek ruchu, a na jazdę pod prąd w stolicy Francji nie byliśmy dostatecznie odważni. Wszystko wyglądało prosto i łatwo, zapakowaliśmy się do samolotu i ruszyliśmy do boju.

Nazajutrz rano odebrałem w Boulogne-Billancourt nowiutkie Mégane, zbudowane po to, by zdobyć rekord czasu przejazdu na Nordschleife, klatka, dwa fotele, niektóre szyby z tworzywa sztucznego, opony typu semi-slick. Wszystko to miało się przydać w znikomym stopniu, bo spodziewałem się jazdy w tempie zaspanego żółwia. I nie pomyliłem się wiele. W duecie z Espace, z którego otwartego dachu przez większość dnia wystawał Błażej, przejechaliśmy całą trase dwukrotnie, generalnie bardzo powoli - ale chodziło nam o zestaw konkretnych ujęć, które w powszechnej świadomości potrafiły umiejscowić akcję w rozpoznawalnych zakątkach Paryża. Podczas drugiego przejazdu utknęliśmy w niewiarygodnym korku i dopiero wieczorem okazało się, że wywołał go alarm bombowy w domu towarowym Galeries Lafayette.

Materiał się udał, kolejnego dnia jeszcze wypróbowałem auto na torze ośrodka badawczego CERAM w Mortefontaine (Toyo R888 słabo "trzymały" w ulewnym deszczu), ale najzabawniejszą rzecz zrobiłem nocą. Zawsze marzyłem o tym, by przez chwilę pojechać po Paryżu w takim tempie, jak Lelouch na swoim filmie. Około północy, gdy na rondzie Étoile, tym przy Łuku Triumfalnym, było prawie pusto, rozpędziłem się w jego kierunku z Avenue Wagram. Prędkość wejścia wyniosła ponad 140 km/h, a uczucie euforii wyskoczyło poza skalę, czysto przejechałem rondo w kółko i spróbowałem drugi raz, szybciej. Dopiero wtedy spod Łuku wyszło spacerkiem dwóch policjantów i jeden pogroził mi palcem. Zwolniłem i grzecznie pojechałem do hotelu. Tylko nikomu ważnemu we Francji o tym nie mówcie, bo kto wie, może zapomniawszy ukarać Leloucha, władza zemści się na mnie?
Trwa ładowanie komentarzy...